Czytanie – męska rzecz

Irena Koźmińska, prezes Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”, radzi jak zachęcać chłopców do czytania i przekonuje, że wspólne czytanie jest pomocne w budowaniu dobrej relacji ze swoim synem.

 

Prowadząc Fundację ma Pani na pewno wiele wartościowych spostrzeżeń dotyczących praktyki wspólnego czytania ojca z dzieckiem…

 

Mogę podzielić się doświadczeniami mojej rodziny. Mój mąż potrafił czytać córce po 2 godziny dziennie. Ale to jest człowiek, który sam bardzo dużo czyta. Aby być wiarygodnym lektorem, tata również powinien czytać sobie. To nie może być przykry obowiązek, kiedy ojciec czyta dziecku i myśli z irytacją: „Boże, kiedy to się skończy, mam dość tych książek, chcę obejrzeć mecz…”. Dziecko tę niecierpliwość wyczuje i nie osiągnie się korzyści w postaci pasji do czytania. Ojciec powinien wiedzieć, że dla syna jest wzorcem mężczyzny, więc jeśli przychodzi do domu, bierze puszkę z piwem i siada przed telewizorem, to żadna czytająca babcia, mama, czy pani bibliotekarka takiego wzorca nie jest w stanie przebić. Bo chłopiec dojdzie do jedynego słusznego w tej sytuacji wniosku, że czytanie to jest babska sprawa, a prawdziwi mężczyźni piją piwo. Jednocześnie ważne jest, by mężczyźni byli tatusiami dostępnymi, mądrymi i ciepłymi. Jeżeli ojciec jest zimny emocjonalnie, a nie daj Boże, brutalny, to chłopiec zwykle nie będzie lgnął do niego i nie będzie chciał się na nim wzorować, tylko będzie się identyfikował z matką. Ojciec wkurza się wtedy, że syn jest zniewieściały – nie rozumie, że sam go do tego popchnął.

 

A wracając do czytania – warto, by ojcowie zapoznali się z książką, zanim przeczytają ją dziecku  – to im ułatwi lekturę. Wielu panów ma problemy z czytaniem, co może ich trochę onieśmielać, ale nie muszą się za bardzo przejmować – dziecko i tak doceni ich zaangażowanie. Nie muszą też być zbyt ambitni i zadaniowi. Dziecko nie musi siedzieć równo, sztywno i słuchać przez 20 minut. Nie trzeba dziecka zmuszać do słuchania. Na początek wystarczy parę minut. Dziecko może siedzieć na podłodze, bawić się, może być zajęte czymś innym, byle nie hałasowało. Najważniejszą regułą jest to, by czytanie kojarzyło się dziecku z przyjemnością, a przyjemna jest już sama obecność uśmiechniętego taty. Wszystko, co robimy na siłę i w pełnej napięcia atmosferze, spowoduje, że czytanie będzie kojarzyć się źle. Tak właśnie postępuje szkoła. Szkoła od pierwszego dnia sabotuje czytanie. Źle je definiuje, źle go naucza i narzuca jako przykry obowiązek, niszcząc motywację dzieci.

 

Pamiętam, że czytaliśmy naszemu synowi codziennie od samego początku, a czytanie zamieniało się potem w zabawę, bo znajdowało przełożenie na jakieś piosenki, skojarzenia. Teraz, gdy chodzi do trzeciej klasy szkoły podstawowej, przeżywam pewną frustrację, ponieważ widzę, że czytanie przegrywa u niego choćby z grami na smartfonie.

 

Proszę powiedzieć, czy Pan mu nadal czyta?

 

Teraz w mniejszym stopniu.

 

A więc czytanie przegrywa, bo zarzuciliście codzienny wspólny rytuał  lektury. W książce „Jak powieść” – którą bardzo polecam – Daniel Pennac mówi właśnie o tym, że kiedy dziecko idzie do szkoły, rodzice myślą: no tak, nasza rola już się skończyła… Zacierają ręce, że będą mieli więcej czasu dla siebie. Ale maluch nie jest jeszcze samodzielnym, wprawnym czytelnikiem, zwłaszcza chłopiec, i potrzebuje dalszych kilku lat pomocy i waszej obecności. Bez tego świat mediów jest dla niego łatwiejszy i bardziej atrakcyjny. Jeśli rodzice się wtedy wycofają, zaprzepaszczą efekty tych wszystkich lat czytania na głos.

 

Na swoje usprawiedliwienie podam, że nauczycielka w szkole mówi, żeby dzieci ćwiczyły czytanie na głos i po cichu.

 

To, że szkoła nakazuje dzieciom czytanie na głos, jest jednym z jej kardynalnych błędów. Gdy dziecko czyta na głos przed klasą, to jest to dla niego frustrujące i znacznie mniej przez to rozumie. Czyli robi coś, co nie przynosi mu żadnej przyjemności ani korzyści. Bo skoro nie rozumie, to albo ono jest głupie albo książka jest głupia. W dodatku czytanie na głos utrwala subwokalizację i tym samym – wolne czytanie, bo dziecko zmuszane do głośnego czytania przez resztę życia, już jako dorosły, będzie czytać w tempie czytania na głos. Wspomniałam już, szkoła źle definiuje czytanie i źle go uczy. Istotą czytania nie jest wydawanie dźwięków, tylko odkodowanie sensu zapisanego przy pomocy druku, czyli – rozumienie. Do tego potrzebna jest dobra znajomość języka i pewna wiedza ogólna, a dopiero na końcu litery. Jak dziecko uczy się języka? Gdy do niego mówimy, gdy z nim rozmawiamy, gdy mu czytamy. W szkole powinno się codziennie czytać dzieciom, by pomóc im przezwyciężyć wyniesione z domu deficyty językowe, które są dzisiaj powszechną plagą uczniów. No i jeszcze to fatalne głoskowanie! Dla dorosłego głoskowanie jest trudne, a co dopiero dla dziecka! Mózg w ogóle nie funkcjonuje w taki sposób, żeby rozbijać wyraz na dźwięki; tak po prostu w naturze się nie dzieje! Szkoła wymusza na dzieciach coś, co powoduje dekompozycję mózgu. Dziecko – nawet małe, paromiesięczne – gdy się do niego mówi normalnie, pełnymi zdaniami, zaczyna wkrótce rozumieć, gdyż kojarzy te zespolone dźwięki ze znaczeniem. Tymczasem w szkole każą głoskować: c- h- r- z-ą- s-z- c- z. Czy Pan zrozumiał, co powiedziałam?

 

Nie.

 

No właśnie. Głoskowanie jest trudne nawet dla dorosłych. I pozbawione sensu. Dlaczego zatem przez coś takiego przeczołgujemy dzieci? Takie szkolne doświadczenia skutecznie zabijają radość i chęć do czytania. Nie będę się już znęcać nad wyborem lektur i sposobem ich omawiania, oczywiście na stopnie. W szkole uważa się, że jeśli dzieci źle czytają to dlatego, że za mało ćwiczą. Tymczasem, jeżeli coś jest bez sensu i szkodliwe – jak głoskowanie i czytanie na głos – to większej dawka tego wcale sytuacji nie poprawia. Przeciwnie.

 

Szkoła uczy czytania przy pomocy określonych metod i te metody determinują wskaźniki za pomocą których mierzy się sukcesy w nauce.

 

Jeśli chodzi o naukę czytania, szkoła żadnych sukcesów nie odnosi. Chłopcy nie czytają, uczniowie po opuszczeniu szkoły całkiem odrzucają książki, czytelnictwo w społeczeństwie spada. Weźmy też po uwagę, że jeżeli dzieci nie umieją czytać i nie czytają lektur, to oczywiście mają problemy z czytaniem i rozumieniem podręczników, a w efekcie – z uczeniem się. Musimy przyjąć do wiadomości, że świat się zmienił, dzisiaj dzieci przychodzą do szkoły ze słabą znajomością języka, bo rodzice z nimi nie rozmawiają, bo zanikło podwórko – jeszcze 20-30 lat temu świetny poligon do ćwiczenia języka, bo siedzą od małego przed komputerem, z którego nie mogą nauczyć się mowy. Szkoła ten deficyt musi wyrównać, czytając dzieciom codziennie, gdyż tylko tak zbuduje fundament pod umiejętność czytania. Codzienne czytanie uczniom przez nauczyciela w szkole – co potwierdzają nasze badania – rozwija słownictwo, umiejętność myślenia, wyobraźnię, koncentrację, poszerza wiedzę i przygotuje do samodzielnego czytania. A czytanie to podstawowe narzędzie edukacji! Dzisiaj szkoła, wbrew deklaracjom, zdaje się tego nie doceniać, nie buduje umiejętności czytelniczych i skutecznie niszczy motywację uczniów do czytania.

 

Tu uwaga – dzieci, którym rodzice od małego czytają, zwykle nie mają problemów z czytaniem i oczywiście lepiej sobie radzą z nauką. Krótko mówiąc: jeżeli rodzic zadbał – czytając dziecku codziennie – by nauczyło się czytać i polubiło czytanie, zanim swoje metody zaczęła mu wciskać szkoła, to być może szkoła mu nie zaszkodzi.

 

Czyli nie przerywać czytania z dzieckiem?

 

Absolutnie nie, warto czytać przynajmniej do 12. roku życia. Tu nie chodzi zresztą tylko o książki, ale o codzienny kontakt z rodzicem przy okazji lektury, gdy dziecko ma go na wyłączność, może z nim porozmawiać, przytulić się, budować zaufanie i więź. To się nam wszystkim bardzo przyda, gdy dziecko będzie mieć 12, 14, 16 lat. Jeżeli zerwiemy tę więź, do czego przykłada się szkoła zmuszając dziecko do samodzielnego czytania i zabraniając rodzicom czytania mu na głos lektur, to potem się okazuje, że jako czternastolatek nie powie nam, jakie ma problemy, że jest np. szykanowany przez kolegów albo nie zorientujemy się, że to nasz syn może być prowodyrem. Przepraszam, cofam to ostatnie stwierdzenie – jeśli codziennie czytamy synowi, rozmawiamy z nim, mamy z nim ciepły kontakt, nie będzie dręczył innych, bo nie będzie miał takiej potrzeby – będzie miał wysokie poczucie własnej wartości i lepiej poukładane w głowie. Dzisiaj dzieciom brakuje okazji, by mogły ćwiczyć myślenie – a to jest właśnie sfera, którą książki i rozmowa z rodzicem, czy nauczycielem rozwijają. Im mniej dziecko poświęca czasu na myślenie, zastanawianie się nad dobrem i złem, tym bardziej jest podatne na różne głupie podszepty i naciski, uleganie złym modom i wpływom.

 

Porozmawiajmy o wyborze lektury. Gdy próbuję skierować uwagę syna na pewien typ książek czy tematy, zauważam nieraz, że to go nie pociąga jak rzeczy, które podsuwa marketing dziecięcy – lektury nawiązujące do kreskówek itp…

 

Bo dostaje natychmiastową gratyfikację – może o tym porozmawiać z kolegami, obejrzeć na ekranie. Jedynym sposobem zachęcenia dziecka, by poznało wartościowe, trudniejsze książki,  jest nasze zaangażowanie w ich czytanie. Jeżeli pan odpuścił rytuał codziennego wspólnego czytania, warto go przywrócić.  Ale nie trzeba od razu wskakiwać w strasznie ambitną literaturę, można zacząć od jakichś fajnych, śmiesznych książek, nawet tych nawiązujących do kreskówek, by stopniowo przejść w stronę bardziej wartościowych według pana lektur. Czasem warto czytać sobie coś po cichu, niby tylko dla siebie, i w pewnym momencie zwrócić się do syna: „Posłuchaj, jaki to fajny fragment. Co o tym sądzisz?” Mamy koleżankę, która ma trzech synów. Wszyscy trzej od lat słuchali czytania, aż tu najstarszy doszedł do wieku 14 lat i mówi: „Teraz już nie wypada, żebym słuchał czytanych książek”. Koleżanka to mądra osoba i mówi: „Jeżeli tak uważasz, to oczywiście możesz sobie czytać sam”. Żadnego komentarza ani przymusu. Syn wytrwał 2 tygodnie w przekonaniu, że jest za dorosły na  wspólne czytanie, a potem powrócił do słuchania wraz z braćmi. Bo tak naprawdę dziecko, bez względu na wiek, potrzebuje bliskości rodzica. Staramy się tłumaczyć, że książka to sposób na budowanie więzi, a więź to coś, co dziecko chroni i zapewnia mu zdrowy rozwój. Im dłużej możemy tę wieź utrzymywać i pogłębiać, tym lepiej. Nie ma takiego momentu, kiedy koniecznie trzeba przerwać. Mylą się nauczycielki, które zakazują rodzicom czytania dzieciom, a jeszcze bardziej, każąc dzieciom czytać na głos. Wspominałam już o subwokalizacji – gdy w dzieciństwie włączymy aparat mowy do procesu czytania, to potem – gdy czytamy jako dorośli po cichu – aparat mowy bezgłośnie nadal nam „pomaga”, sprowadzając tempo czytania cichego do tempa czytania na głos i zamiast możliwych 1000-2000 słów na minutę, czytamy 200-240 słów. To jest wyniesione ze szkoły kalectwo czytelnicze na resztę życia.

 

Co dziś chłopcy lubią czytać? Dla mojego syna lektura „Dzieci z Bullerbyn” jest nudna.

 

Dla dzisiejszych dzieci, które żyją w toksycznym świecie, obejrzały setki morderstw i innych sensacji, akcja „Dzieci z Bullerbyn” jest za wolna i naiwna. Dzieci muszą być dobrze rozczytane, a nie przyklejone do ekranu, by doceniły subtelny humor, język i fajne relacje pomiędzy bohaterami Astrid Lindgren – rozczytane dzieci to chwytają i smakują. Ale jednocześnie musimy też wziąć pod uwagę temperament chłopców. Chłopcy są nastawieni przede wszystkim na przygody, na akcję. Powinniśmy im proponować właśnie takie książki – a nie np. „Anię z Zielonego Wzgórza”. Lekturą o uczuciach można chłopców całkowicie zniechęcić. Wspomniana „Ania z Zielonego Wzgórza” może być znakomitą propozycją dla chłopca siedmio-  ośmioletniego, jeżeli czyta rodzic, a szczególnie tata. Wtedy mogą się obaj zastanawiać: „Popatrz, te dziewczyny są takie inne”. Przy okazji będą się uczyć, że sfera emocjonalna u kobiet jest inna. I to jest ważna edukacja, ale to rodzic powinien wprowadzić taką lekturę odpowiednio wcześniej. Na stronie internetowej www.calapolskaczytadzieciom.pl mamy „Złotą Listę Książek”, które polecamy z podziałem na kategorie wiekowe. Czasami ludzie pytają, dlaczego niektóre książki, które uważają za poważne, są wprowadzane wcześniej. Właśnie dlatego, że gdy dorosły czyta je dziecku, może zaproponować książkę wyprzedzającą wiek dziecka nawet o dwa lata – zawsze możemy mu coś wyjaśnić albo przerwać, jeżeli widzimy, że jest to nietrafiona lektura.

 

Jeżeli ma Pan dziewięciolatka, można już sięgać po tytuły z przedziału 10-12 lat, warto np. przeczytać mu książki z naszego Konkursu im. Astrid Lindgren, np. po „Czarny Młyn”. Właściwa literatura dla chłopców to na pewno literatura akcji, faktu, przygodowa, a nie jakieś rozwlekłe romanse, które dziewczynkom mogą sprawiać przyjemność. Zresztą dziewczynki też lubią przygody, czy książki fantasy. To jedna z różnic między płciami: chłopak nigdy nie przeczyta „babskiej” literatury, bo to dla niego obciach, a dziewczyny czytają wszystko.