Świat potrzebuje mądrych mężczyzn

Kobiety i mężczyźni często kompletnie się nie rozumieją. Nie można udawać, że nie ma różnic między płciami w sposobie postrzegania i przeżywania w świata, a wcześniej – w potrzebach rozwojowych chłopców i dziewcząt. My tymczasem, zamiast poważnie postudiować różnice między płciami, postarać się je zrozumieć i uszanować, ośmieszamy się wzajemnie i obwiniamy – mówi Irena Koźmińska, prezes Fundacji „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”, której misją jest wspieranie rozwoju psychicznego, umysłowego i moralnego dzieci i młodzieży.

 

Kiedy na wykładach mówię o potrzebach i specyfice rozwojowej chłopców, podchodzą matki i nauczycielki i mówią, że to dla nich zupełna nowość, że nie wiedziały. Niestety, ta niewiedza rodzi określone konsekwencje: deficyty rozwojowe chłopców przekształcają się w deficyty i problemy mężczyzn, co sprawia, że są nieprzystosowani społecznie i nieszczęśliwi – i unieszczęśliwiają swoje otoczenie. Czasem matki i nauczycielki starają się wychowywać chłopców identycznie jak dziewczynki. Nie rozumieją różnic w energii i zainteresowaniach chłopców, przypisują im złą wolę tam, gdzie chłopcu po prostu brak dojrzałości i umiejętności. Chłopiec opanowuje język, osiąga dojrzałość emocjonalną i zdolność do kontroli impulsów znacznie później niż dziewczynka, bo jego mózg – pod wpływem testosteronu – rozwija się wolniej. Potrzebuje więcej stymulacji, pomocy i cierpliwości, niż ona. Kiedyś istniały wspólnoty, troskliwe wioski, były rodziny wielopokoleniowe i wielodzietne, starszyzna. W takiej wspólnocie matka, czy rodzice, dostawali wsparcie i potrzebną korektę. Byli ojcowie, bracia, dojrzali mężczyźni, którzy stanowili dla chłopca wzór, a dla matki – pomoc. Mogli powiedzieć: „słuchaj, to jest chłopak, on potrzebuje tego…”. Typowy obrazek: „Czy ty musisz tak ciągle biegać?! – matka krzyczy na swojego synka w sklepie – Twoja siostra stoi spokojnie, a ty nie możesz?!” No właśnie nie może, bo jest chłopcem. Kobiety muszą się nauczyć rozumieć naturę chłopców i mężczyzn – i wzajemnie. Sama późno zaczęłam się tego uczyć, bo szczerze mówiąc, nie czułam takiej potrzeby. Miałam świetnego tatę i dziadka – pełnych ciepła i empatii, nie miałam braci ani syna, którzy mogliby wnosić chaos w moje życie, i nigdy nie miałam żadnych konfliktów z mężem – jego mama była bardzo mądrą i kochającą osobą, miał z nią znakomitą, pełną miłości i szacunku więź, więc w naturalny sposób potrafi rozumieć i szanować kobiety. Ale szybko zorientowałam się, że moi „normalni” mężczyźni to raczej wyjątek niż norma, że wielu mężczyzn nie potrafi mądrze żyć i sprowadza na siebie i innych mnóstwo cierpień.

 

Skoro mężczyźni mają wiele deficytów, to jak mogą sobie z nimi radzić?

 

Sami zapewne niewiele zrobią, bo to wymagałoby samoświadomości i samodyscypliny, krótko mówiąc pracy nad sobą, a niestety większość mężczyzn wypiera problemy i odrzuca możliwość przepracowania ich np. poprzez terapię. Trzeba raczej myśleć na przyszłość, by uchronić kolejne pokolenia chłopców i mężczyzn przed nieprzystosowaniem – trzeba kształcić rodziców i przyszłych rodziców. Matki nie mają przygotowania, a dzisiaj także czasu i cierpliwości do wychowywania chłopców, a to najczęściej wyłącznie na nich, niestety, spoczywa ten obowiązek, bo nieprzystosowani mężczyźni – ojcowie robią rzecz najwygodniejszą na świecie – znikają z życia swych dzieci. Tymczasem świat jest coraz bardziej skomplikowany i niebezpieczny, zwłaszcza dla chłopców, którzy są szczególnie podatni na gry komputerowe, dopalacze, pornografię i mają wielki problem z poczuciem męskości. Pracująca, samotna matka nie ma czasu i sił, by walczyć o bezpieczeństwo i dobre wychowanie syna, tym bardziej, gdy nie wie, jakie ma on potrzeby emocjonalne, lęki, ukryte pragnienia, jaka jest dynamika jego relacji z kolegami.

 

Nasza Fundacja prowadzi bardzo dobre kursy on-line „Wychowywanie chłopców”, ale nie ma na nie tłumu chętnych – po prostu brak świadomości, że z chłopcami jest poważny problem i powinniśmy się nauczyć, jak ich sensownie wychowywać. A to ważne, bo w końcu mężczyźni stanowią połowę populacji i ok. 90 % decydentów w najważniejszych obszarach życia, gospodarki i polityki. Niestety w ramach politycznej poprawności wmawia się ludziom, że chłopcy nie różnią się od dziewcząt i powinno się traktować wszystkie dzieci tak samo. To pomieszanie pojęć, bo co innego równość praw, a co innego predyspozycje ukształtowane przez ewolucję i hormony – a te się różnią. Żeby było sprawiedliwie, wcale nie musi być tak samo, każda płeć ma inne potrzeby rozwojowe. Dla porównania – jeśli postawimy dwie rośliny, cieniolubną i światłolubną na nasłonecznionym tarasie, to mają tak samo, ale czy mają tak samo dobre warunki rozwoju? Nie. Bo tak samo wcale nie znaczy – sprawiedliwie. Chłopcy potrzebują zupełnie innego wychowania niż to, które im w tej chwili serwujemy. Oczywiście ojców też trzeba kształcić, przede wszystkim tłumacząc im, jak bardzo są potrzebni swym synom jako wzorzec męskości, więc nie mogą abdykować z funkcji ojców i znikać z ich życia. Coraz więcej ojców zdaje się o tym nie wiedzieć. Ojcowie też czasem ulegają stereotypowi, że chłopiec ma wyrosnąć na twardziela. Taka filozofia wcielana w życie od małego jest dla syna czynnikiem ryzyka i złym wstępem do dorosłości.

 

Gdzie można tę edukację zdobywać?

 

Istnieje sporo doskonałych książek, napisanych przez mężczyzn – psychologów z długoletnim doświadczeniem w pracy z chłopcami i rodzinami, np. Steve’a Biddulpha „Wychowywanie chłopców” czy Allana Guggenbuhla „Kryzys małego macho”. Myślę, że ważną rolę w tej edukacji powinna odegrać szkoła. Dom przestał pełnić funkcję akademii życia, więc wiele życiowych i to wręcz podstawowych umiejętności musi przejąć szkoła, jeśli nie chcemy, by społeczeństwo zdziczało i schamiało. Problemem jest to, że szkoła jest sfeminizowana. Wiele nauczycielek nie rozumie potrzeb chłopców, wręcz uważa je za przejaw odchyleń, próbuje eliminować za pomocą uwag, kar, bądź sugestii leczenia. Oczywiście niektórzy chłopcy mogą być zaburzeni i powinni otrzymać pomoc psychiatry, ale ostatnio w modzie jest, żeby problemy emocjonalne – nadpobudliwość, nadaktywność chłopców, co jest ich immanentną cechą, leczyć farmakologicznie, zamiast pracować z chłopcami właściwymi metodami i wychowywać ich. To jest znak naszych czasów – chcemy szybko pozbyć się problemu, a najlepiej, żeby zrobił to za nas ktoś inny – psycholog, lekarz. Pan doktor przepisze tabletki, które będziemy podawać i od razu poczujemy się lepiej, bo to nie my zaniedbaliśmy sprawy wychowawcze, tylko syn ma problemy zdrowotne. Nie musimy spędzać z nim czasu, bawić się z nim, organizować mu zajęć sportowych, które byłyby naturalnym ujściem dla energii, wyznaczać granic, pilnować ustaleń, czasem odmawiać, co też jest ważną częścią wychowania. Trzymamy go w domu, by był fizycznie bezpieczny, ale jednocześnie pozwalamy, by siedział godzinami przed ekranem i grał w agresywne gry, co tylko zwiększa jego nadpobudliwość, problemy językowe, emocjonalne, behawioralne.

 

Myślę, że potrzebna jest szeroka akcja uświadamiająca społeczeństwu potrzeby chłopców. Jeśli tego nie zrobimy, chłopcy staną się – już się stają – wielkim problemem dla siebie i dla świata. Jeżeli dziś świat jest zagrożony z różnych stron, to tego zagrożenia nie stwarzają kobiety, tylko faceci. Nie mówię tego z przekąsem, tylko z poczuciem powagi sytuacji. Wyrasta pokolenie chłopców i mężczyzn, którzy jako dzieci nie doświadczają empatii, bo matki stawiają na rozwój kariery, a ojcowie są nieobecni, od małego uczą się zabijania w grach komputerowych i wcześnie stykają się z pornografią, która w wynaturzony sposób przedstawia relacje męsko damskie, przekonując chłopca, że wulgarne i brutalne traktowania, to jest to, co kobiety uwielbiają. Zachęcam do lektury książki Gail Dines „Pornoland. Jak skradziono naszą seksualność”. Ta lektura przeraża. Dzisiaj chłopcy nie otrzymują nawet podstawowej kindersztuby, nikt nie pomaga im w budowaniu charakteru i systemu wartości, w ich życiu brak dojrzałych, troskliwych, mądrych mężczyzn jako mentorów. Charakter, dobre wychowanie – to był zestaw, który składał się kiedyś na pojęcie dżentelmena. Nikt dzisiaj o to nie dba – i źle to wróży jakości relacji między ludźmi. Jest tu do wykonania ogromna praca edukacyjna i to się powinno zacząć od szkoły. Szkoła powinna sama praktykować nowe podejście i uczyć przyszłych rodziców, że chłopcy potrzebują dużo stymulacji językowej, ciepła i wsparcia, ruchu i zdrowego upustu energii, szansy na sukces, przykładów przyjmowania i dawania miłości, troszczenia się o innych, odpowiedzialności i mnóstwa ćwiczeń w tym zakresie, bo do nich to dociera z większym trudem ze względu na testosteron. Mózgi chłopców nie są gorsze, tylko inaczej się rozwijają i trzeba je umiejętnie stymulować. Trzeba się bardziej wspiąć na palce, aby wychować mądrego i przyzwoitego chłopaka niż aby wychować porządną dziewczynę.

 

Pani głos jest apelem do matek, by zmieniły sposób wychowania chłopców…

 

Nie tylko do matek – też do nauczycieli, ojców, polityków, dziennikarzy. Jednak sam apel nic nie da – to musi zaistnieć w świadomości publicznej jako wielka kampania edukacyjna i ważne zadanie – i to powinno wyjść od mężczyzn! Wie Pan, kiedyś po wykładzie nt. wychowywania chłopców podszedł do mnie dyrektor biblioteki, która mnie na wykład zaprosiła, z pretensjami, jakim prawem zajmuję się tematem chłopców. Z takimi reakcjami trzeba się liczyć. Panowie bywają na swoim punkcie mocno przewrażliwieni. Dlatego bardzo się ucieszyłam, że tworzy Pan ruch dla mężczyzn, by podnosić ich świadomość i wiedzę. To jest bardzo potrzebne. Jeżeli chłopcy nie są od małego wspierani językowo, intelektualnie, emocjonalnie, ani ukierunkowywani moralnie, to zaczynają przypominać samochody z mocnym silnikiem, ale bez hamulców, kierownicy i GPS. Szczególnie niebezpiecznym w skutkach doświadczeniem w dzieciństwie jest zaniedbanie lub maltretowanie. Jeśli chłopiec jest lekceważony i upokarzany przez matkę, będzie miał postawę nienawiści wobec kobiet – jak Eminem. Jeśli doświadcza maltretowania przez ojca lub oboje rodziców, a nikt go nie chroni i nie obdarza miłością, to może stać się tyranem chcącym odegrać się na innych za swoje lęki i ból. Tak było w przypadku Hitlera, Stalina, Ceaușescu, Mao Zedonga, innych dyktatorów. Opisała to Alice Miller w świetnej książce „Zniewolone dzieciństwo”. Złe traktowanie, upokorzenie, odrzucenie chłopca jest bardzo groźne. Nie każdy stanie się tyranem na skalę kraju czy globu, ale może stać się niebezpieczny dla siebie, swojej rodziny, otoczenia.

 

Przejawem refleksyjności mężczyzn jest to, że chcą jednak posłuchać kobiet. Kobiety mają naturalną umiejętność dawania całościowej informacji zwrotnej. Zapytam więc, co Pani z perspektywy kobiety mogłaby doradzić mężczyznom?

 

Trudno o jakąś jedną radę. Ubolewam nad tym, że mężczyźni czytają mało lub wcale. To jest naprawdę problem, bo to oni głównie decydują o losach świata, a jak twierdzi Jim Trelease, amerykański guru od czytania: „Naród, który mało czyta, mało wie. Naród, który mało wie, podejmuje złe decyzje – w domu, na rynku, w sądzie, przy urnach wyborczych. Niewykształcona większość może przegłosować wykształconą mniejszość – to bardzo niebezpieczny aspekt demokracji”. Winę za niechęć do książek ponosi przede wszystkim dom, gdzie nie kładzie się nacisku na umiejętności językowe chłopca i nie pokazuje mu – także poprzez własny przykład rodziców – jak fascynujące są książki, ale także szkoła, która skutecznie obrzydza dzieciom czytanie. Tymczasem można… W szkole, do której chodzi córka naszej koleżanki z Fundacji, wprowadzono codzienne czytanie uczniom dla przyjemności. Na początku szło to bardzo opornie, ponieważ większość dzieci nie wyniosła z domu nawyku czytania, ale kiedy po kilku miesiącach uczniowie przyzwyczaili się do słuchania, nastąpiła przemiana. Po dwóch latach, gdy do szkoły przyjechała telewizja, chłopcy powiedzieli do kamery, że wolą książki od komputera. Czyli to jest możliwe, kiedy dorosłym się chce! Tak naprawdę problemem jesteśmy my, dorośli. Jest nam wygodniej posadzić dziecko przed ekranem, kupić mu kolejną grę, by nie zawracało nam głowy, niż się nim zajmować, rozmawiać, chodzić z nim na wycieczki, na treningi, czytać mu, pomagać w rozwijaniu pasji. Wiem, jesteśmy zajęci, ale czasy są tak trudne, że jeżeli nie towarzyszymy dziecku w rozwoju i nie chronimy go przed szkodliwymi treściami, pokusami czy presjami z zewnątrz, to musimy się liczyć z tym, że w którymś momencie jego umysł może zostać „przechwycony”, zawłaszczony przez internet, mass media, porno itd. Do tego nie potrzeba instalowania chipów w mózgu – takie uzależnienia działają jak chip i dziecko staje się zewnętrznie sterowane przez tych, którzy na nim zarabiają lub je eksploatują.

 

Tę potrzebę poświęcania dziecku więcej czasu dostrzegam i staram się na nią odpowiadać w Telemachu. Ojcowie żyją pod presją czasu. Ważne jest, by czas dla dziecka umieli wykorzystać jak najefektywniej. Uczymy ich tego na warsztacie.

 

I tutaj czytanie jest fantastycznym sposobem. Ponieważ dodatkowo wielu ojców ma problem, jak się z dzieckiem bawić i o czym rozmawiać. A tak, bierze dziecko, czyta mu i okazuje się, że zaczynają mieć wspólne tematy. Czytanie jest jednym z bardzo prostych i skutecznych narzędzi budowania dobrej relacji z dzieckiem, ale najpierw musimy to czytanie jakoś ojcom „sprzedać”, zareklamować. W ramach 15- lecia kampanii społecznej „Cała Polska czyta dzieciom” zaczynamy wkrótce akcję „Czytanie – męska rzecz” z udziałem pilotów akrobatycznych. Myślę, że robienie warsztatów dla ojców to też jest bardzo dobry kierunek. Ważne jest, by ojcowie – pionierzy osiągnęli taki poziom zrozumienia tematu, by mogli pociągać za sobą kolejnych ojców. Czasem niestety kobiety torpedują aktywność tatusiów. Mama uważa, że wszystko zrobi lepiej i odsuwa ojca, dyskredytuje jego możliwości. Zatem potrzebna jest równolegle edukacja dla kobiet, by zrozumiały niezbędną rolę ojca w procesie wychowania. Ważne, żeby matki uświadomiły sobie, że tata ma prawo do błędu, do działania niedoskonałego w ich ocenie. Ojciec po prostu stawia na inne rzeczy. Dla niego ważniejsze jest to, by przekazać dziecku „próbuj, bądź odważny, nie bój się”, podczas gdy dla mamy często ważniejsze jest „nie wybrudź się”.